Transkrypt – podcast podróżniczy – MAP 08 – Pracuj zdalnie, zwiedzaj świat. 7 miesięcy w Tajlandii.

 

Tutaj znajdziesz stronę tego odcinka podcastu. 

Marta: Krzysiek, opowiedz nam proszę coś o sobie

Krzysiek: Nazywam się Krzysiek Wróblewski. Od 2008 roku w wolnym czasie zajmuje się podróżowaniem po świecie.

M: Gdzie ostatnio byliście?

K: Ostatnio byliśmy w Neapolu, wykorzystaliśmy możliwość taniego połączenia z Wrocławia, a przedtem w Norwegii.

M: Czym jest dla Ciebie podróżowanie?

K: Najbardziej w podróżowaniu kręci mnie poznawanie ludzi i wydaje mi się, że jest to coś, co mnie najbardziej pcha do tego żeby podróżować. Nowi ludzie i ich spojrzenie na świat, na ten sam świat, w którym my wszyscy żyjemy. W zależności od tego gdzie ludzie się wychowują, jaką mają kulturę – są zupełnie inni. Wbrew pozorom lubię oglądać ciekawe, ładne interesujące miejsca, ale najciekawsze w podróżach jest właśnie poznawanie nowych ludzi i ich spojrzenie na świat.

M: Czy myślisz, że takie podróżowanie nas czegoś uczy, rozwija nas emocjonalnie i zmienia nasze postrzeganie rzeczywistości?

K: Słyszałem bardzo fajny cytat, który staram się często przywoływać, że podróżowanie uczy, ale tylko tych, którzy chcą się uczyć. Powiem szczerze – to zależy. Można podróżować przejeżdżając od punktu do punktu, cyknąć dwie foty i stwierdzić, że to jest podróż. A możesz podróżować na tysiąc innych sposobów. Nie wydaje mi się, żeby którykolwiek z nich był zły. Poznawanie miejsc, poznawanie ludzi lub kultur – to zdecydowanie poszerza nasze horyzonty.

M: Właśnie takie podróżowanie przez poznawanie ludzi doprowadziło Was do Tajlandii?

K: Nie, nie. Do Tajlandii doprowadziło nas to, że nie chcieliśmy spędzać zimy w zimnym miejscu. Całe półrocze letnie spędziliśmy w Norwegii i tam było zimno i padało.  Jak sobie pomyśleliśmy, że po powrocie mielibyśmy jeszcze zostać w Polsce, w której będzie zimno i będzie padało to stwierdziliśmy, że trzeba coś z tym zrobić i to doprowadziło nas do Tajlandii.

W 2012 i 2013 roku organizowałem podróż dookoła świata i jednym z krajów, które wtedy odwiedziliśmy była Tajlandia. Tajlandia,  była zaraz po Indiach, które dość ciężko odbiły się na moim zdrowiu i psychice, była niesamowicie kojąca i przyjazna. Obiecałem sobie, że kiedyś tam wrócę. 3 lata temu postanowiłem razem z moją dziewczyną, że może warto spróbować takiego zimowania gdzieś za granicą. Pierwszym moim pomysłem była właśnie Tajlandia, natomiast Sylwia nie znała jeszcze tego kraju i stwierdziła, że możemy spróbować – pojechać na miesiąc i spróbować jak tam jest. Tak zrobiliśmy – byliśmy miesiąc w Tajlandii i na następny rok wróciliśmy na dłużej – spędziliśmy w Azji łącznie 7 miesięcy.

M: Czym zajmowaliście się w Azji; prowadzicie własne firmy, uczyliście się, czy może byliśmy na jakieś wymianie?

K: Ja prowadzę własną firmę, zajmuję się filmowaniem. Sylwia od tego wyjazdu zaczęła mi pomagać ze zdjęciami. Pracowaliśmy głównie zdalnie, ale też na miejscu kręciliśmy między innymi making off Kuala Lumpur dla jednej firmy z Polski.

M: Najwięcej czasu spędziliście w Tajlandii podczas tych 7 miesięcy?

K: Zdecydowanie. Tajlandia to był nasz punkt wypadowy, konkretnie na Phuket wynajmowaliśmy mieszkanie. Wybraliśmy Phuket dlatego, że jest tam drugie największe lotnisko w Tajlandii, więc było łatwo dolecieć do wszystkich krajów ościennych. Zależało nam na tym, aby z miejsca gdzie będziemy mieszkać łatwo latać i zwiedzać Azję.

M: Z tego co wyczytałam to musieliście często wylatywać w związku z wizą. Jak to wygląda?

K: Nie wiem jak jest dokładnie w tym momencie, ponieważ rząd Tajski już dawno obiecywał, że zmieni ustawy odnośnie wiz. To zmienia się w takim tempie, że ja trochę nie nadążam. Jak my byliśmy w Tajlandii to zasady wyglądały tak, że można było dużo łatwiej zostać na wizie turystycznej. Można taką wizę załatwić już w ambasadzie w Warszawie, ona trwa 2 miesiące i po dwóch miesiącach można ją przedłużać o 30 dni na miejscu, w Tajskim urzędzie. Bardzo fajne miejsce, 500 osób na metr kwadratowy, ale naprawdę urzędnicy są bardzo uprzejmi. Ciekawe doświadczenie.

Po tym czasie dużo ludzi robi tak, że wyjeżdża zagranicę i załatwia sobie kolejną  wizę. Zazwyczaj w Kuala Lumpur, Singapurze lub Laosie. Ja znałem ludzi, którzy byli na 5 takich wizach pod rząd. Nam niestety Urzędniczka nie chciała wystawić takiej wizy, więc postanowiliśmy, że zostajemy na wizie darmowej, 30 dniowej i co 30 dni musieliśmy opuścić kraj drogą powietrzną. Więc nie było wyjścia – musieliśmy latać co 30 dni – co  było super, bo nawet jak chciałem jeszcze posiedzieć , popracować to wiedziałem, że za 3 dni muszę jeszcze gdzieś polecieć, bo się kończy wiza.

M: Jakie miejsca udało Wam się odwiedzić podczas wylatywania w sprawie wizy?

K: Byliśmy w Kambodży, w Singapurze, 2 razy w Malezji i Wietnamie.

M: Świetnie! Z tego co zrozumiałam, byliście w Tajlandii podczas polskiej zimy, jaką mieliście wtedy pogodę?

K: To jest świetne pytanie. Mówi się w Tajlandii, że wysoki sezon turystyczny to grudzień, styczeń, luty i powinno być najcieplej, a podczas polskiego lata w Tajlandii zawsze pada deszcz. Temperatura zawsze jest taka sama, ok 25 – 28  stopni. Natomiast jak my byliśmy w grudniu to bardzo padało, przyjechało dużo turystów – a padało codziennie. Od lutego zrobiła się bardzo fajna pogoda, czyli teoretycznie po sezonie.

M: Czyli nie ma reguły na ładną pogodę w Tajlandii?

K: Z tego co słyszałem od osób na miejscu, to tylko w ostatnich latach tak jest, wcześniej właśnie pogoda była zgodna z zasadą, że w grudniu, styczniu lutym jest pełne słońce i nie pada deszcz, a w miesiącach letnich pojawiają się opady. Jednak ten ostatni rok był dość dziwny, były również powodzie.

M: Deszcz w Tajlandii związany jest z porą deszczową, pada o regularnych godzinach i jest przewidywalny?

K: To zdecydowanie jest ściana deszczu. Wydaje mi się, że jest to związane z monsunami, ale nie jestem pewny, nie mam żadnego papieru z geografii. Byliśmy kilka lat temu w Indonezji, i tam występowały deszcze zenitalne, padało regularnie i w określonych godzinach. W Tajlandii w grudniu wyglądało to właśnie bardzo podobnie.

M: Mówiłeś wcześniej sporo o tym, że lubisz podróżować dla ludzi. Jakich ludzi spotkaliście w Tajlandii?

K: Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Przyjechaliśmy do Tajlandii i bardzo chcieliśmy poznać jak największą liczbę ludzi, którzy tam mieszkają. Wyspę Phuket wybraliśmy ze względu na połączenia lotnicze oraz ze względu na to, że musiałem mieć możliwość kupowania sprzętu filmowego zapasowego, jakby coś się stało. Więc wybraliśmy miasto, ale w bardzo turystycznym regionie. Okazało się, że 99% ludzi, których poznaliśmy podczas 7 miesięcy to byli ludzie, którzy tak jak my tam po prostu przylecieli. Bardzo ciekawa mieszanka, np. Święta Bożonarodzeniowe spędziliśmy w ekipie, która składa się z 12 osób, był jeden Taj, oprócz tego ludzie z Bhutanu, Szwecji, Norwegii, Niemiec, Brazylii, Izraela. Więc mieszanka jest niesamowita, natomiast bardzo mało jest Tajów. Phuket to miejsce bardzo turystyczne, gdybym miał wybrać jeszcze raz to pewnie polecielibyśmy np. na Ko Lante.

M: Czyli można wysunąć wniosek, że jest sporo osób, które żyją tak jak Wy – pracują zdalnie, wyjeżdżają i żyją w miejscach dalekich od swoich domów?

K: To jest bardzo popularne. Na tyle popularne, że pracując ostatnio dla jednej firmy we Wrocławiu dowiedziałem się, że oni w zeszłym roku przenieśli działalność firmy na Bali. Polecieli na miesiąc na Bali, wynajęli dom, pracowali tam i potem wrócili do Wrocławia. To jest bardzo popularne w tej części Azji, ponieważ koszty życia są odrobiną niższe niż u nas. Nie ma wielkiej różnicy, nie oszukujmy się. To znaczy, jak ktoś wykombinuje, to może żyć za pół tego co w Polsce, ale raczej jest to trudne. Pogoda jest rewelacyjna, więc tłumy ludzi odwiedzają Tajlandię w celu pracy zdalnej. Od ludzi, którzy co roku przyjeżdżają w to samo miejsce i spędzają tam pół roku, po ludzi, którzy mają do wykonania projekt w miesiąc i wychodzą z założenia, że skoro i tak ze swoim pracodawcą rozmawiają przez skype, to dlaczego nie zrobić tego na Phuket.

M: Teraz pytanie bardziej techniczne, czy trudno jest zorganizować taki kilkumiesięczny wyjazd do Tajlandii? Jak to wygląda z kwestią mieszkania czy z opieką medyczną?

K: Oprócz tego, że 3 razy wcześniej byłem w Tajlandii to nie przygotowywałem się do tego jakoś specjalnie, dlatego, że większości rzeczy nie da się załatwić stąd. Jeżeli jesteś w Polsce to bardzo ciężko jest np. wynająć mieszkanie w Tajlandii. Z drugiej strony, jeżeli przyjeżdżasz na miejsce, to w tych większych miastach jak Chiang Mai, Bangkok, Phuket – załatwienie mieszkania to jest kwestia 3 dni. Podczas 3 dni się jeździ i ogląda się 10 – 15 mieszkań i wynajmuje się jedno z nich. Nastawienie Tajów, możliwości jeżeli chodzi o podpisywanie umów i to, że tysiące innych ludzi robi to samo – powoduje, że jest to tak banalnie proste, że nie wiem, czy nie łatwiej było mi wynająć mieszkanie w Tajlandii niż w Polsce.

M: Faktycznie, w Polsce bywa to problematyczne. Powiedz mi, jak wyglądają takie mieszkania w Tajlandii? Czy są podobne do europejskich czy bardziej przypominają egzotyczne domki na balach?

K: Tak na prawdę jest pełen przekrój. Od właśnie takich prostych chatek, na balach nad wodą po dwupiętrowe apartamenty z basenem na dachu. Można wynajmować całe wille, które oczywiście kosztują krocie. Przekrój jest gigantyczny. Ceny są zależne też od miejsca. Na północy mieszkania są zdecydowanie tańsze. Są ludzie, którzy wynajmowali kawalerki, 32 – 35 metrowe, po 400-500 zł miesięcznie, ale u nas, na Phuket byłoby to bardzo ciężkie.  Można się zdecydować na wynajęcie typowo tajskiego domu, a można się zdecydować, tak jak my,  na mieszkanie na osiedlu, które w całości zostało zaprojektowane po to, aby je wynajmować. To świadczy o tym jak gigantyczny jest to proceder. Jak dużo ludzi musi tam przyjeżdżać na zimę, że Tajom opłaca się budować całe osiedla.

M: Super. Jak to wygląda z opieką medyczną, jeżeli złamiesz sobie nogę to ma Ci kto pomóc, czy pakujesz się w samolot i wracasz do Polski?

Nie wiem, jak wyglądają szpitale, które są typowo dla Tajów, ale szpitale, które czerpią korzyść z Europejskich ubezpieczeń wyglądają rewelacyjnie, są na poziomie hotelowym. Miałem koleżankę, która wylądowała w szpitalu ze złamaną ręką, miała pojedynczy pokój, mogła sobie wybrać co by chciała na śniadanie, obiad, kolację. Wszystko pokrywało ubezpieczenie, które wykupiła w Polsce. Dlatego uważam, że niezależnie do tego gdzie się jedzie, należy wykupywać ubezpieczenie. Jeżeli cokolwiek się wydarzy, to w Tajlandii trafia się do bardzo dobrego szpitala. Należy jednak mieć ubezpieczenie, ponieważ bez niego jest to drogie.

M: Jak to wygląda ze szczepieniami, czy są jakieś obowiązkowe szczepienia, sprawdzają książeczki szczepień przy przechodzeniu przez granicę?

K: Nie ma żadnego sprawdzania książeczek, natomiast są zalecane szczepienia, wypisane są na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ja mam takie podejście, że przez to, że sporo podróżuję, wziąłem wszystkie możliwe szczepienia, jakie dało się wykupić. Dochodzę do wniosku, że część z tych szczepień jest tak rzadko odnawialne, że raz na kilka lub kilkanaście lat można dwie stówy zapłacić i być na wszelki wypadek zaszczepionym.

M: A co z chorobami tropikalnymi? Jak deszcze, to pewnie i komary, występuje malaria?

K: Ponoć występuje, ja osobiście nie poznałem nikogo kto chorował. Denga jest częstsza, poznałem przynajmniej dwie osoby, które na nią chorowały. Natomiast w przypadku obu tych chorób, jeżeli szybko znajdziesz się w szpitalu, to nie stanowią one dużego zagrożenia.

M: Czyli w zasadzie cała opieka medyczna, łącznie ze szczepieniami jest na plus, nie stanowi to problemu.

K: Tak. To jest w sumie ciekawe w Tajlandii. Jak wchodzi się do apteki, to mówi się co nam dolega i otrzymuje się leki. Teoria moja jest taka, że można dostać leki, nawet te na receptę, jeżeli przyjdzie się i porozmawia w farmaceutą. Byłem też raz u lekarza, wizyta była profesjonalna i dość tania.

M: Można powiedzieć, że warunki życia są przybliżone do Europejskich?

K: Nie, zdecydowanie nie. Znaczy się mieszkania tak – przynajmiej takie jak my wybraliśmy, natomiast np. ruch na drogach już nie. My mieszkaliśmy bardziej w tajskiej, niż turystycznej części wyspy. Pogodziliśmy się z tym, że będziemy mieć dalej do plaży, ale zależało nam na większym spokoju. I to jest specyficzne miejsce. Na naszym osiedlu było ok. 80 mieszkań, z czego połowa była zajęta – i tam pracowało 20 pań sprzątaczek, które większość dnia spędzały na tym, że plotły sobie warkocze, bawiły się z dziećmi. Nikt się na to nie złości specjalnie, co jest cudowne. Z jednej strony jest Pani sprzątaczka, która jest tylko i wyłącznie od tego, że zamiata podłogę i jak zmiecie podłogę na jednym piętrze, to “ach, po co się przemęczać, nie warto” i już sobie odpoczywa. To jest właśnie charakterystyczne podejście w tej strefie klimatu, bardzo luźne do stosunku pracy. Oni nie pędzą, mi bardzo to odpowiadało. Ja sam się motywuje do pracy, bo pracuje najczęściej zdalnie. Pod tym względem to jest bardzo fajne. Jak się wychodzi na zewnątrz, i wszyscy są bardzo wyluzowani, spokojni, uśmiechnięci. Możesz wtedy odpocząć od wszystkiego, a potem wracasz i pracujesz znowu. W Polsce jak gdzieś wychodzę, to mam wrażenie, że wszyscy gdzieś pędzą. Cały czas w takim napięciu człowiek żyje.

M: Takie bezstresowe życie, ludzie nie stresują się tym co nie jest konieczne. Dobry wniosek, czy zły?

K: Oni nie stresują się niczym, to jest też minus Tajlandii. Ja powiedziałem, że dla mnie to był plus, ale znam wiele osób, które strasznie przeżywały Tajlandię, dlatego, że nie mogli nic załatwić i doprowadzało ich to do szału. Ludzie na umówione spotkania się nie pojawiali, albo zepsuła się lodówka i przez 2 tygodnie nie mogli dostać nowej od kogoś, kto miał ją dostarczyć. To jest takie podejście, które trzeba zaakceptować, jeżeli się tam mieszka. To jest kultura, podejście do funkcjonowania. Ja Tajów bardzo za to cenię.

M: Taki brak poczucia czasu i patrzenia na zegarek. Autobusy jeżdżą według rozkładów, czy nie ma tam czegoś takiego jak rozkład jazdy?

K: Ja przez 7 miesięcy nie rozgryzłem jak tam jeżdża autobusy. Na wyspie są dwie lub trzy linie autobusowe, ale nie ma przystanków. Jak jedzie autobus to Tajowie wiedzą, gdzie on jedzie, ja nie mam pojęcia. Raz wsiedliśmy i wylądowaliśmy w losowym miejscu. Dlatego bardzo polecam skuter. Od razu jak wylądowaliśmy to wiedzieliśmy, że potrzebujemy skuter, ponieważ planowaliśmy dużo jeździć po wyspie, ale potem kupiliśmy swój. Korzystanie ze skutera jest dużo wygodniejsze niż z autobusów. To są autobusy widmo, pojawiają się znikąd, zatrzymują się w środku pola, ponieważ ktoś akurat postanowił wysiąść.

M: O tym spokoju już wspominałeś, ale jak wygląda życie typowych Tajów? Czy jest duże rozwarstwienie społeczne, czym oni głównie się zajmują?

K: Muszę tu powiedzieć jedną rzecz, ponieważ nam się wydaje, że Tajlandia to kraj może nie trzeciego świata, ale słabiej rozwinięty. Nie do końca tak jest. Na wyspie był salon Harleya, Porsche. To kraj, który bardzo dużo czerpie z turystyki, mieszka sporo osób, które bardzo dużo zarabiają. Natomiast jest spore rozwarstwienie społeczne widoczne. W zasadzie ciężko mi powiedzieć o życiu codziennym Tajów, to tak jakby ktoś zapytał mnie o życie typowego Polaka. Nawet jak bardzo dobrze znam dany kraj i jego mieszkańców, to nie chcę generalizować.

M: Głownie chodziło mi to, czy jest duża różnica między miejscowościami, które są bardzo turystyczne, więc jest tam więcej pieniędzy i miejscowościami, które są w głębi wyspy i jednak dociera tam dużo mniej osób?

K: Na Phuket, na wyspie na której my byliśmy, prawie wszystko jest turystyczne. Widoczna jest spora mieszanka kulturowa. W tych małych wioskach na pewno jest inaczej. To tak, jak było dla mnie wielkim szokiem, kiedy mając 17 lat postanowiłem, że pojadę rowerem nad morze. Jechałem przez wszystkie najmniejsze wioski. Całe dotychczasowe życie spędziłem w Polsce w dużych miastach, ewentualnie za granicę wyjeżdżałem. Wtedy pierwszy raz w życiu zobaczyłem prawdziwą wieś i przebywałem w niej dużej. Pomyślałem, że jest tam całkiem inaczej. Więc, to jest tak, jakby zapytać czy różni się życie w dużych miastach i na wioskach – jasne, że się różni.

M: Jak wygląda jedzenie w Tajlandii? Jest tak zróżnicowane jak ludzie, którzy tam przebywają, czy jednak jest zauważalny jakiś nurt azjatycki?

K: Uważam, że jedzenie w Tajlandii jest absolutnie najlepszą rzeczą pod słońcem. Ubóstwiam pod każdą formą. Jedzenie bardzo różni się pomiędzy północą, bardzo ostrymi zupami, a południową kuchnią, która jest bardziej mieszana. Kuchnia jest bardzo zróżnicowana. Uwielbiam i smaki i zapachy Tajlandii. Będąc na Phuket udało nam się nawet robić film dla szkoły gotowania i było to zrealizowane na zasadzie wymiany barterowej – ja im zrobię film, a oni nauczą mnie gotować. To był świetny wybór i inwestycja. Pomijam to, że nauczyliśmy się gotować, ale potem było trzeba to wszystko zjeść. Spędziliśmy w sumie tam 3 dni, gotując wspólnie różne potrawy. One wszystkie charakteryzują się tym, że mają mało składników i bardzo zróżnicowane smaki. Tajowie starają się łączyć przynajmniej dwa smaki – ostry, słodki, słony. Wszystkie dania są też bardzo łatwe i szybkie do zrobienia.

M: Brzmi bardzo zachęcająco!

K: Jeszcze tylko dodam, że jak przyjechaliśmy pierwszy raz do Tajlandii, moja narzeczona spróbowała zupy tom yum (ostra zupa z krewetkami, ale też z kurczakiem może być) to wydaje mi się, że średnio przez kolejne 7 miesięcy zupa tom yum musiała zostać zjedzona. Jak schodziliśmy poniżej dwóch razy w tygodniu, to ona nie funkcjonowała normalnie.

M: Trochę Wam zazdroszczę tego jedzenia. Jedzenia i słońca.

K: Teraz się trochę hamowałem, żeby jeść zróżnicowane rzeczy i dużo owoców, bo owoce są przepyszne w Tajlandii. Ale za pierwszy razem, kiedy trafiłem do Tajlandii po pobycie w Indiach, gdzie bardzo schudłem (ponieważ jadłem ryż przez prawie 2 miesiące), to przytyłem 9 kg w półtorej miesiąca. Ja w zasadzie nie przestawałem jeść. Jak na chwilę tylko przestawałem, to schodziłem na “mały” makaronik. Za pierwszym razem to był szok.

M: W takim razie jest to też niebezpieczne. Nie wiem, czy jak mówimy kobietom, że przytyją 9 kg w półtorej miesiąca to ich zachęcimy do odwiedzenia Tajlandii.

K: Ja myślę, że rzadko kto, dobije do tylu kilogramów. Mi się waga właśnie przez takie podjadanie bardzo mocno waha.

M: Odczuwasz różnicę kulturową-religijną, między naszym Chrześcijańskim krajem, a Tajlandią, gdzie panuje Buddyzm?

K: Nie, to by była najszybsza odpowiedź. Religia w Tajlandii, przynajmniej dla nas, nie była narzucająca się. Chodziłem przez jakiś czas na spotkania o medytacji raz w tygodniu. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Robię takie rzeczy, właśnie dlatego, że interesują mnie ludzie. Bardzo fajny facet to prowadził. Chciałem posłuchać o medytacji i Buddyzmie i on właśnie o tym mówił. To było ciekawe doświadczenie. Ale czy odczuwam różnicę… w jakim sensie?

M: Właśnie w takim, czy Buddyzm jest narzucany w Tajlandii? Rzuca się on w oczy w większym stopniu?

K: Świątynie bardzo rzucają się w oczy, ponieważ wszystkie są złote i się świecą. Mnisi również bardzo rzucają się w oczy, ponieważ są w swoich pomarańczowych szatach. Natomiast według mnie, jeżeli widziało się jedną dużą świątynie w Tajlandii to trochę tak, jakby widziało się wszystkie. One wszystkie są bardzo podobne, oprócz Białej Świątyni w Chiang Rai. Natomiast nie mam takiego odczucia, żeby religia się w jakikolwiek sposób narzucała. To chyba nie ten typ religii jest, aby się narzucać.

M: Jakbyś miał dać 3 wskazówki dotyczące Tajlandii naszym słuchaczom, to jakie one by były?

K: Po pierwsze – nie bać się jedzenia z wózka. Im bardziej wózkowy wózek, tym lepsze jedzenie. Mieliśmy dwa takie miejsca obok naszego lokum. Jednym z nich był facet, który zawsze przyjeżdżał w nocy po 21 z zupą z blaszanego wózka, który wyglądał strasznie, ale zupa była rewelacyjna. Codziennie wieczorem stał pod jednym ze sklepów, 4 zł kosztowała miska. Rewelacyjne jedzenie.

Drugą radą by było, aby nie być standardowym, białym turystą w Tajlandii, jakkolwiek to zabrzmiało. Na prawdę jest bardzo dużo ludzi, którzy przyjeżdżają, ponieważ alkohol jest tańszy, jest ładna pogoda i można poimprezować. Ja to rozumiem, jeżeli już ktoś musi. Bardzo dużo z tych ludzi nie szanuje Tajskiej kultury, dla nich jest to po prostu imprezownia. Wielu z nich jedzie na Phi Phi, które jest bardzo popularne, ale to jest miejsce, które jest jednym wielkim klubem. Jeżeli ktoś chce tam jechać, to okej – jedźcie, ale ostrzegam, że tam będzie non stop bit leciał. Dlatego polecam spróbować też takiej innej Tajlandii.

M: W takim razie została nam jeszcze jedna rada. Druga bardzo mi się podobała, ponieważ pasuje w zasadzie do każdego turysty, bez względu na to gdzie chce jechać.

K: Wiesz co, Tajlandia jest bardzo często wybierana na takie miejsce, a mimo to nam się nie zdarzyło ani razu zostać oszukanym czy naciągniętym. Tajowie są w większości przypadków otwarci i uśmiechnięci. Bardzo dużo ludzi poznałem przez to, że siedzieliśmy w jakieś knajpie. To jest bardzo Tajskie – za pierwszym razem jak przychodzisz do knajpy, to jesteś jakimś nieznajomy, za drugim przyjacielem, a za trzecim rodziną. Szczególnie w tych mniejszych knajpach, mniej turystycznych. Były takie miejsce w które przyjeżdżaliśmy przynajmniej raz w tygodniu, i oni nie mówili ani słowa po angielsku, my nie mówiliśmy ani słowa po Tajsku (nauczyliśmy się na koniec podstaw). Większość czasu spędziliśmy na rysowaniu, pokazywaniu – to jest bardzo fajne, jeżeli człowiekowi się nie spieszy, a w Tajlandii się nie spieszy. To jest bardzo fajna rzecz w Tajlandii.

M: To już nie będę Cię męczyć trzecią radą. Jest jeszcze jedna sprawa, już sporo mówiłeś o plusach, ale powiedz nam jeszcze, jakie są minusy bycia cyfrowym nomadą.

K: Na pewno minusem bycia cyfrowym nomadą jest to, że daleko jest rodzina i przyjaciele, znajomi. Wydaje mi się, że to będzie największy minus. Często rozmawiamy ze znajomymi jak wracamy i zawsze pada pytanie: “ale w końcu chcesz wrócić do Wrocławia?”. A ja nie wiem. W  sensie takim, że lubię to miasto, ale to nie jest tak, że ja czuję że muszę być w Polsce. Brakuje nam najbardziej stałego kontaktu z ludźmi, których się zna od lat.

Myślę, że drugim minusem jest to, że jak tak opowiadam o tym podróżowaniu, wielu ludzi myśli, że to jest super pomysł, “gdybym tak mógł to na pewno bym tak zrobił”. Z jednej strony faktycznie tak jest, ale z drugiej strony zazwyczaj pokazuje się tylko te jasne strony, a tych ciemnych się nie pokazuje. My we Wrocławiu, czy w Polsce w ogóle nie mamy mieszkania. I takie sprawy, jak trzymanie tego co zawsze się miało w mieszkaniu jest problematyczne. Jak wyjeżdżasz to jest spoko – wkładasz do kartonu i po sprawie, ale jak wracasz to jest “jezu, ja gdzieś miałam taki grzebień” i zaczynasz otwierać te wszystkie kartony i wsadzać wszystko z powrotem do kartonów. Masz takie wrażenie, że nie masz tutaj swojego miejsca. To jest duży minus. Parę lat już tak podróżujemy, byliśmy w Norwegii, Tajlandii, teraz chcemy do Australii na rok polecieć. Mam takie poczucie teraz, że fajnie, że w Australii to będzie rok, będę mógł wynająć normalnie mieszkanie. Bo tej stabilizacji mi brakuje. Jednak wszystkie plusy zdecydowanie przewyższają te minusy. To są też inne problemy. Jak rozmawiam z ludźmi to jedni wzięli kredyt na mieszkanie, inni mają dziecko, a my tak cały czas podróżujemy. Dla nas to jest super, ale trzeba być świadomym, że każdy wybiera swoją ścieżkę. Taka podróż dla kogoś kto ma bardzo ustatkowane życie nie zawsze jest najlepsza. Znam takich ludzi, którzy wyruszyli w podróż i po dwóch miesiącach stwierdzili, to nie dla mnie i wrócili do domu. O tym się nie mówi, a jest to dość częste zdarzenie. Oczywiście jest też 5 miliardów przykładów ludzi, którzy wyruszyli, od 5 lat są na drugim końcu świata i nie zamierzają wracać.

M: To jest właśnie to, o czym my często wspominamy w podcastach. Każdy wybiera swoją drogę. Nie dla każdego spanie w aucie przez 3 tygodnie podróży jest fajne, brak prysznica, a dla innego to będzie frajda.

K: Tak właśnie, zdecydowanie.

M: Krzysiek, powiedz, gdzie Cię znajdziemy w sieci i gdzie możemy obserwować Wasze dalsze podróże.

K: Nasz blog nazywa się Xpress Tour i znajdziecie nas na Facebooku, Instagramie i YouTube. Ze względu na branżę w której pracujemy, najczęściej jesteśmy na Instagramie i YouTube. Chociaż ostatnio trochę mniej, ponieważ siedząc w Polsce brakuje mi tematów podróżniczych. Też praca nas trochę przytłoczyła.

Drugim miejscem jest nasza strona firmowa sparrowfilm.pl – tam robimy filmy i zdjęcia. Właśnie w związku z tym, że ja robię filmy i interesują mnie ludzie, postanowiłem jakiś czas temu, że będę nagrywał ludzi i z nimi rozmawiał. Co prawda, jeszcze ani jednego filmu z tej serii nie ma, pierwszy skończyłem dopiero w zeszłym tygodniu. W Tajlandii nagrałem trzy filmy. Pierwszy z bardzo znanym podróżnikiem. Drugi z Szwajcarem, którego wysłali do Tybetu, żeby uczył się medytacji, ale on stwierdził, że Tajlandia jest świetnym miejscem – przyjechał i został, teraz prowadzi kursy medytacji. Trzeci z mężczyzną, który jest z Włoch, a na Phuket przeprowadził się, żeby otworzyć kocią kawiarnię.

M: Takie historie są fajne, niezwykle intrygujące.

K: Postaram się, żeby w przeciągu najbliższych dwóch – trzech tygodni pojawiła się ta seria. Jeżeli spotkam kogoś ciekawego to będę się starał go namówić do wywiadu i seria będzie kontynuowana. Więc zapraszam na nasz kanał na YouTube, gdzie będę te filmiki wrzucał.

M: Będziemy odwiedzać i udostępniać.

K: Będzie mi niezmiernie miło.